top of page

Czy potrzebujemy pracy, żeby życie miało sens?

15 minut temu
6 minut(y) czytania
Zdjęty identyfikator z ceglaną smyczą leży na stole; osoba stoi przy otwartym przejściu, za którym rozmawiają ludzie.

Drugi tekst z cyklu „Być człowiekiem w świecie AI. O sprawczości, pracy i sensie”.


Wyobraźmy sobie, że pod koniec dnia zdejmujemy identyfikator. Na niewielkim kawałku plastiku zostają imię, nazwa firmy i stanowisko. Odkładamy go na stół. Zwyczajny gest, wykonywany bez większego namysłu, może jednak otworzyć niewygodne pytanie: gdyby jutro nie było już tej roli, jak przedstawilibyśmy się drugiemu człowiekowi?


Nie chodzi tylko o utratę zatrudnienia. Podobne pytanie pojawia się przy zmianie zawodu, przejściu na emeryturę, dłuższej przerwie albo wtedy, gdy praca trwa, lecz przestaje dawać poczucie uczestniczenia w czymś ważnym. Identyfikator nadal otwiera drzwi. Coraz słabiej wyjaśnia jednak, po co przez nie przechodzimy.


W pierwszym eseju pytałem, kim się stajemy, kiedy AI pozwala nam omijać część drogi prowadzącej do samodzielności. Teraz chciałbym przyjrzeć się miejscu, do którego tak często zmierzamy: pracy.


Jeśli technologia przejmuje kolejne zadania, pytanie o naszą przydatność łatwo zamienia się w pytanie o naszą wartość. Warto zauważyć moment, w którym zaczynamy traktować je jako jedno.


Co właściwie zdejmujemy razem z identyfikatorem?


Na pytanie „czym się zajmujesz?” zwykle odpowiadamy nazwą zawodu. To wygodny skrót. Pozwala umieścić rozmówcę w znanym świecie obowiązków, kompetencji i oczekiwań. Bywa też wyrazem dumy z czegoś, czemu poświęciliśmy wiele lat. Nie ma niczego złego w tym, że praca staje się ważną częścią naszej opowieści.


Trudność zaczyna się wtedy, gdy pozostaje opowieścią jedyną. Kiedy poza stanowiskiem nie potrafimy nazwać swoich zobowiązań, ciekawości, relacji czy miejsc, do których należymy. Wówczas zmiana organizacyjna może zostać przeżyta jak osobisty wyrok, choć mówi przede wszystkim o decyzjach firmy i warunkach rynku.


Czy umiemy uznać czyjeś życie za wartościowe, zanim dowiemy się, gdzie ten człowiek pracuje? A własne? To pytanie może brzmieć abstrakcyjnie, dopóki nasza zawodowa rola jest bezpieczna. Po jej utracie staje się bardzo konkretne. Dotyczy sposobu, w jaki witają nas znajomi, pytań przy rodzinnym stole i tego, czy sami sobie pozwalamy nadal zabierać głos.


Praca daje więcej niż wynagrodzenie


Psychologia pomaga zrozumieć siłę tego związku. W modelu Marie Jahody zatrudnienie, poza dochodem, może dostarczać struktury czasu, kontaktów społecznych, udziału we wspólnych celach, regularnej aktywności oraz statusu i tożsamości. Badanie Bähra, Batinic i Collischona z 2022 roku, obejmujące ponad 9 000 respondentów, analizowało dostęp do tych funkcji w różnych sytuacjach zawodowych i jego związek ze zdrowiem psychicznym. Autorzy zastrzegają korelacyjny charakter wyników: związek nie jest jeszcze dowodem przyczyny. [1]


Ta perspektywa pozwala zobaczyć, dlaczego utrata pracy może oznaczać więcej niż brak przelewu. Znika rytm tygodnia, codzienne spotkania, wspólna sprawa, okazja do wykorzystania umiejętności. Nagle telefon przestaje dzwonić. Kilka elementów życia rozpada się jednocześnie. Sama zachęta, żeby „wreszcie znaleźć czas na siebie”, może w takiej sytuacji zabrzmieć boleśnie.


Nie wynika z tego jednak, że każdy człowiek potrzebuje płatnego zatrudnienia, aby dobrze żyć. Opis funkcji pracy nie jest dowodem jej niezastępowalności. Potrzebne nam doświadczenia mogą powstawać również poza nią, choć dostęp do takich możliwości jest nierówny. Ważniejsze od obrony jednego modelu życia wydaje mi się pytanie, gdzie konkretny człowiek może znaleźć bezpieczeństwo, więzi i możliwość działania.


Trzeba przy tym uważać na łatwe zastępstwa. Zajęcia dodatkowe nie rozwiązują problemu nieopłaconego czynszu. Wolontariat nie zapewnia automatycznie odpoczynku osobie przeciążonej opieką nad bliskimi. A możliwość wyboru interesującej aktywności wygląda inaczej, gdy mamy oszczędności, i inaczej, gdy kończą się pieniądze na podstawowe potrzeby.


Arendt: więcej niż jeden sposób bycia czynnym


Hannah Arendt w „Kondycji ludzkiej” rozróżnia pracę podtrzymującą biologiczne życie, wytwarzanie względnie trwałego świata rzeczy oraz działanie między ludźmi, związane z ich różnorodnością i wspólnym życiem politycznym. Jej kategorie nie pokrywają się z prostym podziałem na zajęcia płatne i bezpłatne. W prologu rozważa także napięcie społeczeństwa skoncentrowanego na pracy, które technika może uwalniać od części jej konieczności. Samo uwolnienie nie odpowiada jeszcze na pytanie, jak chcemy żyć. [2]


Czytana dzisiaj, ta myśl pomaga poszerzyć wyobraźnię. Nie jest przepowiednią sztucznej inteligencji ani gotowym programem społecznym. Odczytuję ją raczej jako ostrzeżenie przed zawężeniem ludzkiego życia do jednej formy aktywności. Możemy sprawnie produkować i konsumować, a mimo to mieć niewiele przestrzeni na inicjatywę oraz współdecydowanie o wspólnym świecie.


Z tej perspektywy pytanie „co będziemy robić, gdy maszyny wykonają więcej pracy?” wydaje się zbyt wąskie. Chciałbym zapytać również, z kim będziemy działać, za co brać odpowiedzialność i gdzie będzie można rozpocząć coś, czego nie zlecił nam pracodawca.


To wymaga czegoś więcej niż znalezienia zajęcia na wolne popołudnie. Potrzebujemy miejsc, w których nasza obecność ma znaczenie, a głos może wpłynąć na wspólną sprawę. Biblioteka, sąsiedzka inicjatywa, stowarzyszenie czy szkoła mogą być takimi miejscami. Nie staną się nimi jednak wyłącznie dlatego, że technologia zaoszczędzi nam kilka godzin.


Potrzebować pomocy i nadal być autorem działania


W pierwszym tekście odwoływałem się do teorii autodeterminacji. Richard Ryan i Edward Deci opisują w niej potrzeby autonomii, kompetencji oraz więzi. Autonomia dotyczy dobrowolności i uznawania działania za własne; nie oznacza niezależności od innych. Można przyjmować pomoc, współpracować i pozostawać autonomicznym. Z kolei środowisko pracy lub nauki może wspierać te potrzeby albo utrudniać ich zaspokajanie. [3]


W odniesieniu do AI widzę tu użyteczne rozróżnienie. Narzędzie może ułatwić komuś udział w zadaniu, do którego wcześniej miał ograniczony dostęp. Może też pozostawić mu wyłącznie zatwierdzanie decyzji, których nie rozumie i na które nie ma realnego wpływu. Sam fakt obecności technologii nie mówi jeszcze, z którą sytuacją mamy do czynienia. To moja interpretacja, nie wynik badania AI przedstawiony przez autorów teorii.


Pytajmy siebie o codzienne doświadczenie z pracy.

Czy rozumiemy, czemu służy nasze działanie?

Czy możemy coś zmienić?

Czy rozwijamy umiejętności/kompetenecje?

Czy ktoś nas słucha, gdy zgłaszamy wątpliwość?

Identyfikator może zostać ten sam, podczas gdy odpowiedzi na te pytania zmienią się zasadniczo.


Nie chciałbym jednak zamienić tej refleksji w kolejny obowiązek: każdy ma teraz odnaleźć powołanie w swoim zatrudnieniu. Można wykonywać uczciwą pracę przede wszystkim dla wynagrodzenia, a najważniejsze znaczenia budować gdzie indziej. Oczekiwanie, że firma zapewni nam również pełnię sensu, bywa równie ograniczające jak przekonanie, że praca nie powinna mieć z sensem nic wspólnego.


Czego uczymy się przed pierwszym stanowiskiem?


Pytanie o zawodowy identyfikator zaczyna się długo przed jego otrzymaniem. Dzieci słyszą pytanie: „kim chcesz zostać?”. Zwykle oczekujemy nazwy zawodu. Często juz mamy (jako rodzice, dziadkowie) swoje porady w głowie, gotowe do przekazania tym młodym ludziom. Rzadziej pytamy, jakie problemy chciałyby rozumieć, z kim współpracować albo o co się troszczyć. Nie proponuję rezygnacji z przygotowania do pracy. Możliwość utrzymania się jest ważnym wymiarem dorosłej samodzielności.


Chodzi mi o to, żeby szkoła nie obiecywała całej tożsamości w zamian za przyszłe stanowisko. Uczeń może odkrywać, że potrafi coś wyjaśnić, dotrzymać zobowiązania, zmienić zdanie po rozmowie lub pomóc grupie przejść przez spór. Takie doświadczenia mają znaczenie również wtedy, gdy nazwy zawodów i sposoby ich wykonywania się zmieniają.


Projekt szkolny może być okazją do zobaczenia własnego wkładu we wspólną pracę. Jeśli AI przygotuje sprawny materiał, nadal pozostaje miejsce na wybór problemu, ocenę odpowiedzi, rozmowę o konsekwencjach i odpowiedzialność za decyzję. Nie każde zadanie trzeba wykonywać bez pomocy. Warto natomiast wiedzieć, którego doświadczenia chcemy uczniowi rzeczywiście umożliwić.


Podobnego namysłu potrzebują organizacje. Oszczędność czasu nie musi oznaczać większego wpływu pracownika ani większej przestrzeni na relacje. Może po prostu oznaczać więcej zadań w tej samej godzinie. Kierunek zmiany zależy także od decyzji ludzi ustalających cele, zakres odpowiedzialności i warunki zatrudnienia. Technologia nie podejmie za nas tej rozmowy.


Sens potrzebuje warunków


Łatwo opowiadać o przyszłości, w której mniej pracujemy, a więcej tworzymy, uczymy się i spotykamy. Taki obraz może inspirować. Nie powinien jednak przesłaniać pytania o podział korzyści, stabilność dochodów i dostęp do wspólnych miejsc. Przymusowa bezczynność, niepewność oraz doświadczenie bycia niepotrzebnym nie są tym samym co swobodnie wybrany odpoczynek.


Nie wystarczy zatem powiedzieć osobie tracącej pracę, że jej wartość nie zależy od zatrudnienia. To ważne zdanie wymaga materialnego i społecznego potwierdzenia. Możliwości opłacenia czynszu, korzystania z opieki, zachowania kontaktów i uczestniczenia w życiu bez ciągłego tłumaczenia swojej sytuacji. Bez tego filozoficzna rozmowa łatwo staje się przywilejem tych, którzy mogą pozwolić sobie na dystans.


Równie ostrożnie traktowałbym przekonanie, że człowiek musi stale wnosić mierzalny wkład, aby zasługiwać na szacunek. Opieka, choroba, starość czy zwyczajna potrzeba odpoczynku nie odbierają nam miejsca wśród innych. Sens może wiązać się z działaniem, ale ludzkiej godności nie trzeba codziennie odpracowywać. Mam wrażenie, że to nam ucieka.


Co zostaje na stole?


Wróćmy do zdjętego identyfikatora. Nadal może oznaczać ważną część życia: zdobyte umiejętności, ludzi, z którymi coś zbudowaliśmy, odpowiedzialność, którą przyjęliśmy. Nie trzeba go odrzucać ani udawać, że stanowisko jest bez znaczenia. Można spróbować zobaczyć, czego ten niewielki przedmiot nie mieści.


Są w nas relacje, których nie opisuje struktura firmy.

Zainteresowania, które nie muszą stać się źródłem przychodu.

Zobowiązania, których nie zapisano w umowie.

Jest również prawo do niewiedzy, przerwy i szukania nowej odpowiedzi.

To wszystko nie zaczyna istnieć dopiero wtedy, gdy kończy się zatrudnienie.


Czy potrzebujemy więc pracy, żeby życie miało sens?

Praca zarobkowa może być jednym z najważniejszych miejsc jego odnajdywania. Nie chciałbym jednak uznać jej za warunek wartościowego życia każdego człowieka. Bardziej przekonuje mnie pytanie, czy potrafimy tworzyć warunki, w których mamy z czego żyć, do kogo należeć i w czym uczestniczyć — także wtedy, gdy zmienia się nasza zawodowa rola.


Być może warto czasem zdjąć identyfikator, zanim ktoś poprosi nas o jego oddanie. Nie po to, żeby przestać pracować. Żeby sprawdzić, czy umiemy opowiedzieć o sobie również bez niego.


Pierwszy esej cyklu:


Źródła i dalsza lektura


[1] Sebastian Bähr, Bernad Batinic, Matthias Collischon (2022), Heterogeneities in the latent functions of employment: New findings from a large-scale German survey. Tekst źródłowy


[2] Hannah Arendt, The Human Condition / Kondycja ludzka (1958), prolog oraz rozdział I, s. 4–8. Wydanie University of Chicago Press. Tekst źródłowy


[3] Richard M. Ryan, Edward L. Deci (2000), Self-Determination Theory and the Facilitation of Intrinsic Motivation, Social Development, and Well-Being, American Psychologist, 55(1), 68–78. Tekst źródłowy


Tekst współtworzony z AI.

 
 
 

Komentarze


Daniel Biegaj

BĄDŹMY W KONTAKCIE

LinkedIn

Porozmawiajmy
o współpracy

Opisz krótko, z czym się mierzysz w firmie, szkole lub zespole. Wspólnie ustalimy, czy i jak mogę pomóc.

Napisz do mnie

Czego dotyczy wiadomość? (opcjonalnie)

Łączę doświadczenie w strategii i marketingu z mentoringiem oraz pracą nauczyciela i wicedyrektora szkoły.

​

© 2026 Daniel Biegaj

Biznes · Edukacja · Mentoring

KONTAKT

* Pola wymagane

bottom of page