Zarządzanie zespołem jak w siatkówce
- Daniel Biegaj

- 26 lut
- 8 minut(y) czytania
„Najlepsze zespoły nie zawsze mają najlepszych zawodników, ale tych, którzy najlepiej ze sobą współpracują”.
W firmach czasem próbujemy wygrać mecz… grając w sport indywidualny. Widziałem zespoły oparte o jedną „gwiazdę”, kilka osób dowożących i resztę, która ma nie przeszkadzać. I jasne — czasem to daje szybki wynik. Tylko że w moim doświadczeniu ten model ma wysoki koszt uboczny: przeciążenie, napięcia, spadek jakości i kruchą odporność na zmianę.
Najbardziej zdradliwy jest moment, kiedy taki układ działa „wystarczająco dobrze”. Wtedy łatwo uwierzyć, że to jest dojrzałość — a ja kilka razy widziałem, że to bywa po prostu dobra passa. W jednym z zespołów wystarczyło, że weszliśmy w nowy projekt z twardym terminem i większą liczbą zależności. Nagle okazało się, że „gwiazda” nie jest w stanie być wszędzie naraz, a reszta nie ma nawyku przejmowania piłek. System zaczął pękać dokładnie tam, gdzie wcześniej wydawał się stabilny.
Ten tekst nie jest poradnikiem. To raczej zapis moich obserwacji: co u mnie działało, co uporządkowało mi myślenie — i co możesz spokojnie potraktować jako materiał do sprawdzenia w Twojej organizacji.
Bo każda firma gra w inną grę: inne tempo, inne stawki, inne ograniczenia. Metafora ma sens tylko wtedy, gdy pomaga zobaczyć coś wyraźniej, a nie wtedy, gdy zamienia się w kolejną „instrukcję idealnego lidera”.
1) Najpierw nazywam „sport”, w jaki naprawdę gramy
Zanim zacznę cokolwiek „naprawiać”, próbuję zrozumieć, jaki typ współzależności mamy w zespole. W jaką grę my tu naprawdę gramy?
W uproszczeniu widzę trzy wzorce:
„Baseball” (mało popularny w PL, pasuje jednak tu jako metafora): wynik jest w dużej mierze sumą indywidualnych rezultatów. Da się policzyć wkład jednostki, a praca bywa równoległa. Poznasz po tym, że ludzie mogą dowozić swoje kawałki w dużej niezależności, a „wąskie gardła” są raczej wyjątkiem niż regułą.
„Sztafeta”: praca przechodzi z rąk do rąk. Kluczowe jest przekazanie, standard i jasny interfejs między etapami. Poznasz po tym, że największe napięcia pojawiają się na styku etapów („dostałem za późno”, „niekompletne”, „niezgodne ze standardem”).
„Siatkówka”: decyzje dzieją się w locie, a jakość jednej akcji zależy od poprzedniej. Punkt rzadko jest „czyjś” — częściej jest „nasz”. Poznasz po tym, że pojedyncze „samodzielne dowiezienie” niewiele zmienia, a kluczowe staje się tempo komunikacji i zgranie w sekwencji działań.
Kiedy gra to "siatkówa", a próbujemy nim zarządzać jak drużyną „baseball'a”, pojawia się frustracja. Ludzie czują, że rozliczamy ich z czegoś, co w praktyce zależy od ustawienia całej drużyny.
W siatkówce ten rozdźwięk jest niewidoczny — tam nikt nie udaje, że to sport indywidualny. W firmie bywa trudniej, bo KPI i struktura organizacyjna potrafią pchać nas w stronę indywidualnego rozliczania, nawet jeśli praca jest głęboko zespołowa.
Jeśli chcesz, zacznij od prostego pytania:
czy u Was częściej „wygrywa się” dzięki indywidualnym akcjom, czy dzięki sekwencjom, które muszą się złożyć? i dlazego?
A potem dopowiedz drugie pytanie:
gdzie w tej sekwencji najczęściej „gubimy piłkę” — na wejściu (jasność celu), w środku (przekazywanie), czy na końcu (decyzja i domknięcie)?
Samo nazwanie tego często daje więcej spokoju niż dziesięć rozmów o „braku zaangażowania”.

2) Zamiast motywować, częściej projektuję „warunki gry”
Mam w sobie naturalny odruch, żeby „dodawać energii”, kiedy zespół się zacina. Z czasem zauważyłem, że to działa krótkoterminowo.
Dużo trwalszy efekt widziałem wtedy, kiedy skupiałem się na warunkach:
czy cel jest czytelny i wspólny,
czy wiadomo, co jest „punktem”, a co tylko ruchem na boisku,
czy zasady decyzyjne są jasne, czy w każdym trudnym momencie i tak kończy się eskalacją,
czy narzędzia i zasoby pozwalają pracować sensownie, czy tylko udajemy, że „się da”.
W moim doświadczeniu energia lidera jest jak adrenalina: pomaga w kryzysie. Ale organizacji nie buduje się na adrenalinie.
Najbardziej praktyczne odkrycie było dla mnie takie: wiele problemów, które brzmią jak „motywacja”, jest w istocie problemem środowiska. Ludzie nie są mniej ambitni. Oni po prostu uczą się, że wysiłek nie przekłada się na wynik, bo proces, zależności albo decyzje są poza nimi.
W siatkówce „warunki gry” są brutalnie konkretne: kto woła, kto bierze, kto zabezpiecza. W pracy próbuję szukać takich odpowiedników. Czasem są banalne:
jedna definicja „gotowe / zamknięte”,
jedno miejsce prawdy o priorytetach,
jedno okno decyzyjne w tygodniu lub miesiącu,
jedna zasada, kiedy nie zaczynamy nowego tematu.
Te rzeczy nie brzmią inspirująco. Ale często właśnie uporządkowanie podstaw daje największą różnicę.
3) Zarządzanie zespołem vs „gra nieskończona” i zaufane zespoły
Kiedy pierwszy raz natknąłem się na sposób, w jaki Simon Sinek opowiada o zespołach (szczególnie w kontekście „The Infinite Game”), poczułem ulgę. Nie dlatego, że dostałem nową teorię. Raczej dlatego, że ktoś nazwał wprost intuicję, którą wcześniej miałem bardziej „w ciele” niż w słowach: w długim horyzoncie zespół liczy się bardziej niż suma talentów.
Sinek rozróżnia myślenie „skończone” i „nieskończone”. Jaki to ma wpływ na zarządzanie zespołem?
W grze skończonej chodzi o wygraną tu i teraz (wynik, kwartał, ranking). W grze nieskończonej chodzi o to, żeby utrzymać zdolność do grania: uczyć się, adaptować i budować kulturę, która nie rozpada się przy pierwszym kryzysie.
To czuję bardzo „siatkarsko”. Bo jeśli zespół działa jak zbiór gwiazd, czasem wygra mecz. Ale częściej — w moim doświadczeniu — przegrywa sezon.
Trusting Teams: środowisko ważniejsze niż doping
Jedna z praktyk, o których Sinek mówi najwięcej, to Trusting Teams — zaufane zespoły. Jego myśl jest prosta: rola lidera nie polega na tym, żeby samemu „dowieźć wynik”, tylko żeby zbudować warunki, w których ludzie dowożą wynik bez strachu.
W siatkówce zaufanie nie jest hasłem. To praktyka w ruchu: ja przyjmuję, ty rozgrywasz, ktoś kończy. I nawet jeśli ktoś zepsuje zagrywkę, drużyna nie rozpada się psychicznie — bo ważniejsze jest to, żeby następna piłka została podniesiona.
W firmie odpowiednikiem jest dla mnie jedno pytanie: czy ludzie czują, że mogą popełnić błąd, nazwać problem i nadal być częścią drużyny? Jeśli nie, prędzej czy później zaczynają grać defensywnie — a defensywność jest zabójcza dla jakości, innowacji i współpracy.
Worthy Rivals: rywal jako lustro, nie wróg
Druga rzecz, którą biorę od Sineka, to myślenie o „godnych rywalach” (Worthy Rivals). Rywal nie jest tylko po to, żeby go pokonać. Jest po to, żeby pokazał mi, gdzie mam słabość.
W wersji organizacyjnej zmienia to optykę: zamiast obsesji porównywania wyników, wraca pytanie o jakość gry.
czego uczy mnie zespół obok (albo konkurencja) o moich lukach,
co robią lepiej: komunikację, decyzje, rytuały uczenia, a może egzekucję.
W sporcie to jest naturalne. W firmie łatwo wpaść w plemienność. Sinek pomaga mi wrócić do dojrzałego porównania: nie „kto lepszy”, tylko „czego mogę się nauczyć, żeby grać dłużej i mądrzej”.
Od meczu do sezonu
Jest jeszcze jedno zdanie, które do mnie wraca z jego wystąpień:
„Talent może wygrać mecz, ale to zespoły wygrywają mistrzostwa”.
Ja tłumaczę to sobie tak: pojedynczy wyskok kompetencji potrafi uratować kwartał, ale tylko zgranie i zaufanie ratują organizację w czasie zmian.
4) Kiedy coś nie działa, wracam do porządku: cele → role → procesy → dopiero relacje
Jedna z najprostszych rzeczy, które wprowadzały mi porządek, to konsekwencja w diagnozie. Zanim uznam, że „ludzie się nie dogadują”, sprawdzam po kolei:
Cele — czy naprawdę mamy to samo i czy wiemy „po co”?
Role — czy wiemy, kto za co odpowiada i gdzie są granice?
Procesy — jak podejmujemy decyzje, jak eskalujemy, jak uzgadniamy priorytety?
Relacje — dopiero wtedy rozmawiamy o napięciu między ludźmi (czasem pomaga ktoś z zewnątrz zespołu - partner z HR - bo ma dystans). Zaskakująco często konflikt „relacyjny” okazuje się konfliktem o strukturę.
Pamiętam sytuacje, kiedy dwie osoby „nie mogły na siebie patrzeć”, a po rozplątaniu sprawy wychodziło, że obie bronią sensu swojej pracy w systemie bez jasnych granic. Z perspektywy czasu to była niechciana walka o rolę.
Jeśli chcesz to przetestować bez wielkiej rewolucji: wybierz jeden spór z ostatniego tygodnia i przejdź przez te cztery punkty. Czasem sama ta rozmowa obniża temperaturę.
Ja dodaję do tego jeszcze jedną praktykę: proszę ludzi, żeby nazwali koszt braku jasności — nie emocjonalny, tylko operacyjny. Ile czasu, ile poprawek, ile maili, ile „wracamy do tego jutro”. To często pomaga złapać proporcje i dystans.
5) „Reguła trzech odbić” — metafora współodpowiedzialności
To jest element, który najbardziej do mnie przemówił w siatkówce: punkt prawie nigdy nie jest dziełem jednej osoby. Co najwyżej ktoś kończy akcję. Ale akcję buduje zespół.
Jeśli system pozwala jednej osobie domknąć całość, to w naturalny sposób tworzy:
samotne decyzje (bo szybciej),
samotne ryzyko (bo „ja za to odpowiadam”),
samotne wąskie gardło (bo wszyscy idą do tej osoby).
Łatwo przesadzić i zbudować system, w którym każde „odbicie” jest tak ciężkie, że piłka w ogóle nie leci — wtedy zespół zaczyna omijać zasady.
Ja zwykle szukam miejsc, gdzie błąd jest drogi, a poprawka kosztowna. Tam „trzy odbicia” potrafią dać największy zwrot.
I jeszcze coś: ten mechanizm często ratuje najbardziej samodzielnych ludzi. Bohaterstwo wygląda dobrze na slajdzie, ale w praktyce bywa przepisem na wypalenie.
6) Oddzielam „mecz” od „treningu”, bo bez treningu zespół nie ma zagrań
W firmach łatwo wpaść w rytm ciągłego meczu: deadline, kolejny projekt, kolejny sprint, kolejny kryzys.
świadome wprowadzenie treningu — krótkich sesji bez stawki biznesowej:
symulacje trudnych rozmów z klientem,
dry-run ważnych prezentacji,
przećwiczenie scenariuszy ryzyka („co zrobimy, jeśli…?”),
mikro-eksperyment procesowy na tydzień (a nie „wdrażamy nowy proces od poniedziałku na zawsze”).
Najważniejsza obserwacja: trening ma sens tylko wtedy, kiedy błąd jest tani. Jeśli kultura robi z błędu dowód winy, ludzie przestają ćwiczyć.
Druga obserwacja: trening często ujawnia, że problemem nie jest brak kompetencji, tylko brak wspólnego języka. Kiedy ludzie pierwszy raz „na sucho” rozgrywają trudną sytuację, okazuje się, że każdy inaczej rozumie słowa typu „priorytet”, „ryzyko”, „odpowiedzialność”, „wystarczająco dobrze”. Wtedy trening przestaje być „szkoleniem”, a staje się budowaniem synchronizacji.
7) W połowie projektu „half-time” — nie status, tylko korektę ustawienia
Często widziałem, że największa szansa na zmianę jest… zanim będzie naprawdę źle. U mnie sprawdzał się rytuał „half-time”, najlepiej w połowie projektu.
Nie chodzi o raport. Chodzi o korektę taktyki:
co działa, co nie działa,
gdzie „piłka spada między nami”,
czy role są nadal aktualne,
co uprościć, żeby odzyskać tempo.
Lubię w tym rytuale to, że daje przestrzeń na rozmowy, które normalnie przegrywają z „nie mamy czasu”.
Najczęściej wracały u mnie trzy tematy:
przeciążenie (zbyt dużo wątków naraz),
rozmyta odpowiedzialność (wszyscy „wspierają”, nikt „nie dowozi”),
decyzje (wszyscy czekają na „kogoś”, kto da zielone światło).
Nawet jeśli half-time nie rozwiązuje wszystkiego, zwykle robi jedną cenną rzecz: pozwala zespołowi odzyskać poczucie wpływu.
8) Po akcji robię debrief — i pilnuję, żeby dało się mówić prawdę
Jedna z rzeczy, które najbardziej cenię w dobrych zespołach, to umiejętność szybkiego uczenia się po błędzie.
W praktyce u mnie najlepiej działał krótki, regularna retrospekcja:
co poszło dobrze (żeby to utrwalić),
co zmieniamy następnym razem (jedna–dwie rzeczy, realne do wdrożenia),
kto bierze odpowiedzialność za zmianę.
To działa tylko wtedy, kiedy ludzie mogą mówić prawdę. Jeśli debrief zamienia się w ocenę albo polowanie na winnych — umrze po dwóch spotkaniach.
W siatkówce jest prosta intuicja: w trakcie akcji nie ma sądu. Jest gra. Ocena przychodzi w analizie, a analiza ma służyć poprawie ustawienia, nie upokorzeniu.
W pracy pomaga mi oddzielanie:
„co się wydarzyło” od „kto zawinił”,
„czego się uczymy” od „kogo oceniamy”.
Nie zawsze się da. Ale gdy zespół raz poczuje, że debrief jest bezpieczny, często zaczyna sam domagać się tej formy rozmowy.
Jak wybieram, co testować (żeby nie zrobić rewolucji)
Wiem, że łatwo czytać takie teksty i mieć myśl: „fajnie, ale u nas się nie da”. I często to jest prawda — nie da się skopiować czyjegoś systemu.
Dlatego ja zwykle wybieram jedną zmianę i traktuję ją jak eksperyment:
jeden obszar, w którym błąd jest drogi,
jedna zasada, która ma obniżyć ryzyko,
jeden rytuał, który ma poprawić uczenie,
dwa tygodnie na obserwację.
Dopiero potem pytam: czy mamy lepszą jakość, lepsze tempo, mniejsze napięcie? A jeśli nie — co z tego wynika?
To podejście pasuje mi do tej metafory. W sporcie też nie zmieniasz całej taktyki co trzy dni. Testujesz jedno ustawienie i patrzysz, co to robi z grą.
5 pytań do Ciebie
W jakim „sporcie” naprawdę działa Twój zespół — i po czym to poznajesz w codziennej pracy?
Gdzie u Was wynik jest efektem indywidualnych akcji, a gdzie efektem sekwencji i współzależności?
Jakie jest jedno miejsce, w którym „reguła trzech odbić” mogłaby podnieść jakość lub obniżyć ryzyko — bez dokładania biurokracji?
Kiedy ostatnio Twój zespół miał „trening” bez stawki biznesowej — i co to mówi o Waszym sposobie uczenia się?
Co u Was najbardziej blokuje mówienie prawdy w debriefie: strach przed oceną, brak czasu, a może niejasne zasady odpowiedzialności?
Uwaga: nie wszystko w firmie jest siatkówką
Ta metafora nie jest uniwersalna.
Jeśli Wasza praca jest bardziej „baseballowa” (dużo niezależnych zadań, mocne indywidualne cele), wciskanie siatkówki na siłę może brzmieć fałszywie.
Dla mnie sens jest tutaj: zobaczyć realny poziom współzależności i dopasować do niego sposób pracy — najlepiej w dłuższym horyzoncie, a nie tylko pod „jeden mecz”.
Co więcej, w jednej organizacji mogą istnieć różne „dyscypliny” obok siebie. Inaczej działa sprzedaż, inaczej operacje, inaczej IT w trybie incydentów. I to też jest w porządku.
Podsumowanie
Siatkówka jest dla mnie dobrym przypomnieniem: rzadko wygrywa ten, kto najmocniej uderza. Częściej wygrywa ten, kto potrafi zbudować akcję.
Jeśli coś z tego brzmi znajomo, zachęcam: wybierz jeden element i potraktuj go jak eksperyment na dwa tygodnie. W Twoich warunkach może zadziałać inaczej. I to jest w porządku.



Komentarze