top of page

Dajmy 10% rabatu. A co właściwie chcemy dzięki temu osiągnąć?

11 minut temu
7 minut(y) czytania

Wyobraźmy sobie końcówkę miesiąca. Klient jest zainteresowany, oferta leży na stole, handlowiec czeka na decyzję. W końcu pada: „Gdybyście trochę zeszli z ceny, moglibyśmy ruszyć”.

No to schodzimy. Dziesięć procent wydaje się rozsądnym ustępstwem. Klient dostaje lepszą cenę, handlowiec domyka sprzedaż, firma może dopisać sprzedaż do miesięcznego zestawienia. Jest powód do zadowolenia.

Tylko czy wiemy, co właśnie kupiliśmy za te dziesięć procent?

Pewność zamówienia? Większy zakup? Dłuższą współpracę? A może po prostu koniec niewygodnej rozmowy o tym, dlaczego nasza oferta kosztuje właśnie tyle?

W tym ostatnim miejscu chciałbym się zatrzymać. Bo rozmowa o rabatach szybko zamienia się w spór między tymi, którzy „muszą sprzedawać”, a tymi, którzy „pilnują marży”. Jedni bez drugich daleko nie zajadą. Problem zaczyna się wtedy, gdy zniżka zastępuje próbę zrozumienia klienta, a sukces mierzymy momentem podpisania zamówienia.

I nie, nie zamierzam przekonywać, że rabaty są złe. Chcę przyjrzeć się temu, co zmieniamy w naszej ofercie i w zachowaniu klienta, kiedy obniżamy cenę. Bo samo „sprzedaliśmy więcej” to jeszcze za mało, żeby wiedzieć, czy było warto.

Dziesięć procent potrafi ważyć więcej, niż się wydaje

Zróbmy jeden prosty rachunek. Sprzedajemy produkt za 100 zł netto. Koszty zmienne związane z jedną sztuką wynoszą 70 zł. Zostaje 30 zł na pokrycie kosztów stałych firmy, a dopiero później na zysk. To właśnie marża pokrycia.

Po rabacie cena spada do 90 zł. Koszt nadal wynosi 70 zł, więc zostaje nam 20 zł.

Klient płaci o 10% mniej. My oddajemy jedną trzecią kwoty, która zostawała z tej sprzedaży. Żeby uzyskać tyle samo co wcześniej ze stu sztuk, musimy sprzedać sto pięćdziesiąt. Obsłużyć o połowę większą sprzedaż, żeby wrócić do punktu wyjścia. I to przy założeniu, że koszt dostarczenia każdej sztuki się nie zmieni.

To jest dla mnie ciekawszy moment rozmowy niż samo zatwierdzenie rabatu. Czy mamy skąd wziąć tych dodatkowych klientów? Czy zespół zdąży ich obsłużyć? Co się stanie, jeśli niższą cenę dostaną głównie osoby, które i tak miały kupić?

Z drugiej strony większe zamówienie może obniżyć koszt obsługi, pomóc wykorzystać wolne moce albo rozwiązać problem zapasu. Wtedy rachunek będzie inny. Dlatego zanim zaczniemy bronić ceny lub ją ciąć, dobrze byłoby wiedzieć, jaki problem próbujemy rozwiązać.

Klient też coś oddaje

Spójrzmy na trzy oferty, które pokazują różne odpowiedzi na to pytanie. Są konsumenckie, ale mechanizmy przydadzą się również w rozmowie o ofercie B2B. Nie znamy rentowności tych produktów po stronie firm. Możemy za to zobaczyć, do jakiego wyboru zachęcają klienta.

Apple One w wariancie Dla Ciebie kosztuje 42,99 zł miesięcznie. W środku są muzyka, telewizja, gry i miejsce w chmurze. Kupowane oddzielnie kosztowałyby łącznie 101,96 zł. Różnica wygląda bardzo przekonująco.

Tyle że klient niekoniecznie zaczyna od zamiaru kupienia czterech usług.

Jeśli potrzebuje tylko Apple Music i 50 GB iCloud+, zapłaci za nie 31,98 zł. Przejście na pakiet oznacza więc dodatkowe 11,01 zł miesięcznie. Dostaje więcej, ale również więcej wydaje. Oszczędność względem całego zestawu i oszczędność względem własnych potrzeb to dwie różne rzeczy.

Właśnie dlatego bundle, czyli kilka produktów w jednej ofercie, jest czymś ciekawszym niż rabat na każdy z nich. Może ułatwić klientowi wybór, dać mu powód do wypróbowania kolejnej usługi i zwiększyć wartość zakupu. Pod warunkiem, że te dodatkowe rzeczy rzeczywiście mu się przydadzą. Dorzucanie do pakietu wszystkiego, co akurat mamy, nie załatwia sprawy. Odbiorca nadal musi zobaczyć sens całości.

Inaczej wygląda propozycja Microsoftu. Microsoft 365 Personal kosztuje 42,99 zł miesięcznie albo 429,99 zł za rok. Dwanaście miesięcznych opłat daje 515,88 zł, więc wybór roczny oznacza 85,89 zł mniej.

Tutaj klient nie dostaje kolejnych produktów. Płaci za dłuższy okres z góry. Jeśli wie, że będzie korzystał przez cały rok, może to być rozsądny wybór. Jeśli potrzebuje programu na dwa miesiące, niższa cena w przeliczeniu na miesiąc niewiele mu daje. Roczne 429,99 zł trzeba wydać teraz.

Firma otrzymuje wcześniej pieniądze, klient rezygnuje z części elastyczności. Jest konkretna wymiana. Warto ją widzieć również wtedy, gdy sami proponujemy przedpłatę, roczną umowę lub niższą cenę za wcześniejszy przelew. Sam wcześniejszy wpływ pieniędzy nie oznacza jeszcze większego zysku, bo usługę trzeba później dostarczyć. Może jednak rozwiązywać ważny problem firmy.

A teraz kawa. Tchibo oferuje Cafissimo Caffè Crema Rich Aroma w opakowaniu 30 kapsułek za 59,99 zł i 120 kapsułek za 221,99 zł. Cztery małe opakowania kosztują 239,96 zł. Kupując większe, zostawiamy więc w portfelu 17,97 zł.

Łatwo dopowiedzieć sobie resztę: większy zakup, lepsza cena za sztukę. Tyle że obok jest promocja na 96 kapsułek za 129,99 zł. W tym wariancie jedna kosztuje około 1,35 zł, podczas gdy w opakowaniu 120 sztuk około 1,85 zł. Do ostatecznego porównania dochodzi jeszcze standardowa dostawa, bezpłatna przy zamówieniu powyżej 195 zł.

I nagle prosta decyzja wymaga kalkulatora.

Nie chodzi mi o krytykę konkretnego sklepu. To dobry przykład tego, jak różne zachęty mogą zacząć ze sobą konkurować. Większe opakowanie, czasowa promocja, próg darmowej dostawy. Każda osobno ma uzasadnienie. Razem mogą sprawić, że klient przestaje rozumieć, która opcja jest dla niego korzystna. A zespół po stronie firmy powinien wiedzieć, ile kosztuje ich połączenie.

Zanim zmienimy cenę, porozmawiajmy o ofercie

Te trzy przykłady prowadzą mnie do jednej myśli: warto negocjować coś więcej niż samą kwotę.

Klient mówi „za drogo”, ale pod tym zdaniem może kryć się kilka różnych spraw. Za dużo funkcji, których nie wykorzysta. Za duży jednorazowy wydatek. Obawa, czy rozwiązanie zadziała. Albo zwyczajna próba sprawdzenia, czy da się zapłacić mniej. Każda z tych sytuacji wymaga trochę innej rozmowy.

Jeśli nie potrzebuje całego zakresu, możemy przygotować mniejszy. Jeśli potrzebuje kilku usług, sensownie połączony pakiet może być wygodniejszy niż negocjowanie każdej oddzielnie. Jeżeli przeszkodą jest duża jednorazowa płatność, raty mogą ułatwić decyzję, choć same w sobie nie obniżają ceny. Gdy ważne jest szybsze otrzymanie pieniędzy, ustępstwo za wcześniejszy przelew ma przynajmniej jasno określony powód.

Możemy też dołożyć wsparcie przy wdrożeniu zamiast obniżać cenę. Tylko nie udawajmy, że taki bonus nic nas nie kosztuje. Ktoś poświęci na niego czas. Podobnie z cashbackiem: klient ma rozumieć warunki zwrotu części pieniędzy, a my powinniśmy uwzględnić jego koszt, zamiast liczyć na to, że ludzie zapomną się zgłosić.

O jaki wynik właściwie gramy?

Trzy perspektywy jednej oferty: sprzedaż, marketing i finanse. Wspólne pytania o kwotę po kosztach, termin wpływu pieniędzy i powrót klienta bez rabatu.

Tu wraca kwestia zespołu. Sprzedaż ma dowieźć przychód. Marketing chce budować markę, za którą klient będzie gotów zapłacić. Finanse patrzą na rentowność i na to, kiedy pieniądze rzeczywiście pojawią się na koncie. Każdy ma sensowny cel. Tyle że te cele mogą prowadzić do zupełnie różnych decyzji w sprawie tej samej promocji.

Jeśli nie ustalimy wspólnych KPI, czyli miar sukcesu, łatwo zacząć przeciągać linę. Sprzedaż naciska na rabat, bo kończy się miesiąc. Marketing próbuje obronić cenę, bo przed chwilą opowiadał klientom o wyjątkowej wartości produktu. Finanse liczą, ile jeszcze możemy oddać. I zamiast wspólnie zaprojektować ofertę, negocjujemy ją najpierw między sobą.

Trudno obwiniać handlowca o to, że wybiera rozwiązanie, za które dostanie premię. Jeśli rozliczamy go wyłącznie z przychodu, a koszty ustępstw zostawiamy komuś innemu, sami ustawiliśmy zasady tej gry. Podobnie trudno wymagać od marketingu długoterminowej pracy nad marką, gdy co tydzień dostaje zadanie przygotowania kolejnego banera z przekreśloną ceną.

Nie oczekiwałbym identycznych celów od wszystkich działów. Chciałbym jednak, żeby uzgodniły, co razem uznają za dobrą sprzedaż. Ile ma po niej zostać po kosztach promocji i obsługi, kiedy mamy otrzymać pieniądze i czy klienci wracają również bez kolejnego rabatu. Wtedy przychód nadal jest ważny, ale przestaje być jedynym argumentem kończącym rozmowę.

Bo ustępstwo na koniec miesiąca może z czasem stać się sposobem działania przez cały rok. Jedna akcja przechodzi w drugą, zmienia się hasło i kolor banera, a cena katalogowa pojawia się głównie po to, żeby ją przekreślić. W handlu modą czy sprzętem AGD i RTV szczególnie interesuje mnie właśnie ten moment: kiedy firma przestaje organizować promocje, a zaczyna potrzebować ich do każdej sprzedaży.

Klient może się wtedy nauczyć, że warto poczekać. Niższa cena staje się dla niego punktem odniesienia, a powrót do katalogowej zaczyna wyglądać jak podwyżka, choć firma formalnie tylko zakończyła rabat. Częstotliwość i głębokość obniżek mogą wpływać na oczekiwania cenowe. To mechanizm badany eksperymentalnie, nie tylko intuicja handlowca.

Jeśli taki układ utrwala się przez lata, samo wyłączenie kodu rabatowego może już nie wystarczyć. Trzeba ponownie przekonać klienta, za co ma zapłacić więcej. Widzę w tym ryzyko osłabienia marki: gdy najmocniejszym argumentem staje się kolejna przecena, trudniej bronić jej wartości bez tej przeceny. Nie oznacza to, że każda promocja szkodzi albo że powrót do wyższej ceny jest niemożliwy. Oznacza, że za dzisiejszy wynik możemy zapłacić trudniejszą sprzedażą w przyszłości.

Zacząłbym więc od jednej oferty i wspólnego przyjrzenia się jej z ludźmi ze sprzedaży, marketingu i finansów. Co klient naprawdę chce kupić? Na jakie ustępstwo nas stać? Co ma się zmienić po jego stronie, żeby miało ono sens również dla nas?

Potem wróciłbym do tej decyzji po sprzedaży. Czy pojawili się nowi klienci, czy tylko sprzedaliśmy taniej dotychczasowym? Czy większe zamówienie było łatwiejsze do obsługi? Czy pakiet jest używany, czy następna rozmowa zacznie się od prośby o wyrzucenie z niego zbędnych rzeczy?

Bo najbardziej interesuje mnie właśnie to, co zostaje po promocji. Klient, który rozumie wartość oferty? Współpraca, którą opłaca się rozwijać? Czy oczekiwanie, że przy następnym zakupie znów będzie taniej?

Kiedy następnym razem padnie „dajmy 10% i zamknijmy temat”, zatrzymałbym się jeszcze na chwilę. Być może rabat jest dobrym pomysłem. Warto tylko umieć powiedzieć, co za niego dostajemy.

Źródła i założenia

Oferty sprawdzono 21 października 2026 r. Ceny Apple, Microsoftu i Tchibo są cenami konsumenckimi brutto i mogą się zmieniać. Przykłady opisują konstrukcję ofert, nie dowodzą ich rentowności ani skuteczności sprzedażowej.

Apple One: oficjalna strona Apple Music: oficjalna strona iCloud+: oficjalna strona

Microsoft 365 Personal: oficjalna strona Warunki odnawiania: zasady subskrypcji Kwota roczna jest płatnością za rok, nie sumą rat. Wyłączenie odnowienia nie oznacza automatycznie proporcjonalnego zwrotu za niewykorzystany okres.

Tchibo, Caffè Crema Rich Aroma: oficjalna strona Porównanie cen opakowań nie obejmuje ewentualnej opłaty za dostawę; należy sprawdzić końcową wartość koszyka.

Model 100/70/30 i 90/70/20 jest ilustracją w kwotach netto, przy niezmiennym koszcie zmiennym na sztukę. Pokazuje marżę pokrycia, nie zysk netto. Nie uwzględnia kosztów stałych, podatku ani dodatkowych kosztów pozyskania klientów i zwiększenia skali. W rzeczywistej firmie zmiany kosztów mogą zmienić wymagany wzrost sprzedaży.

Badania dotyczące długofalowych skutków promocji:

Kalwani, M. U., Yim, C. K. (1992), „Consumer Price and Promotion Expectations: An Experimental Study”, Journal of Marketing Research, 29(1), 90–100. Eksperyment wykazał wpływ częstotliwości i głębokości promocji na oczekiwane ceny. Wynik nie określa skali zjawiska w dzisiejszych polskich firmach: publikacja naukowa

DelVecchio, D., Henard, D. H., Freling, T. H. (2006), „The effect of sales promotion on post-promotion brand preference: A meta-analysis”, Journal of Retailing, 82(3), 203–213. Synteza 51 badań nie wykazała istotnego średniego wpływu na preferencję marki po promocji; efekty w poszczególnych warunkach mogą być dodatnie lub ujemne. Dlatego tekst opisuje ryzyko, nie nieuchronną utratę wartości marki: publikacja naukowa

 
 
 

Komentarze


Daniel Biegaj

BĄDŹMY W KONTAKCIE

LinkedIn

Porozmawiajmy
o współpracy

Opisz krótko, z czym się mierzysz w firmie, szkole lub zespole. Wspólnie ustalimy, czy i jak mogę pomóc.

Napisz do mnie

Czego dotyczy wiadomość? (opcjonalnie)

Łączę doświadczenie w strategii i marketingu z mentoringiem oraz pracą nauczyciela i wicedyrektora szkoły.

​

© 2026 Daniel Biegaj

Biznes · Edukacja · Mentoring

KONTAKT

* Pola wymagane

bottom of page